
Wraz z obniżaniem kosztów transportu rakietowego rosną apetyty na ekologiczne i tanie pozyskanie rzadkich metali z pobliskich planetoid.
W cenie jest kobalt, niezbędny do produkcji baterii wykorzystywanych w telefonach komórkowych, a także platyna przydatna do katalizatorów samochodowych. Jak w prawdziwej gorączce złota można bajecznie zarobić, ale obowiązuje zasada: kto pierwszy, ten lepszy.
Zgodnie z międzynarodowym traktatem o przestrzeni kosmicznej z 1967 roku kosmos ma być niezawłaszczalny i służyć dobru wszystkich. Czyli nie da się opalikować działki na Księżycu i powiedzieć, że moje, ale już kwestia własności wykopanych z tej działki surowców pozostawała niejasna. Dopóki pozyskane ilości materiałów są śladowe i służą celom naukowym, nikt sobie nie zaprząta tym głowy. Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby ktoś zaczął eksploatować księżycowy regolit na przemysłową skalę w celu pozyskania Helu-3, jak w filmie „Moon”. Antycypując tę sytuację, USA wprowadziły w 2015 roku prawo zezwalające amerykańskim obywatelom i firmom zachowanie na własność tego, co wydobędą w kosmosie. Dwa lata później na podobne prawodawstwo zdecydował się pierwszy europejski kraj, Luksemburg.
Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Dziesięć lat temu w odległości 2,4 milionów kilometrów od Ziemi przeleciała planetoida 2011 UW158. Miała długość mniej więcej kilometra, a średnicę pół kilometra. W jej rdzeniu podobno kryło się 90 milionów ton platyny o kosmicznej wartości dolarowej. A przecież w pasie pomiędzy Marsem a Jowiszem planetoid o zbliżonym rozmiarze jest ze dwa miliony. To działa na wyobraźnię i karmi gorączkę.
Na początku pewnikiem wszyscy będą szukać planetoid, na których występuje lód. Woda też jest kosmicznym złotem, ponieważ rozkładając ją na czynniki pierwsze, czyli wodór i tlen, otrzymujemy paliwo do rakiet. Właśnie od pozyskania tego właśnie surowca prawdopodobnie rozpocznie się kosmiczny biznes wydobywczy. Doczepione do planetoid instalacje przetwórcze będą stanowiły sieć stacji paliw. Paliwo jest niezbędne do napędzania maszyn, do wykonywania dalszych lotów, a także do wysłania ładunków z powrotem na Ziemię. Pierwsza taka stacja paliw, optymistycznie licząc, mogłaby powstać już za 15 lat.
Dobranie się do planetoidowych konfitur, czyli eksploatacja metali rzadkich, to co najmniej dwa albo trzy razy dłuższy horyzont czasowy. Planetoidy są małe, nie mają silnej grawitacji, przez co urobek łatwo jest od nich oderwać i wysłać gdzieś dalej. Skały są tak samo twarde jak na Ziemi, a maszyny górnicze zdolne je kruszyć są wielkie i ciężkie. Przykładowo „krety”, używane do drążenia tuneli metra, ważą około 2000 ton. Największa używana obecnie rakieta nośna Falcon Heavy byłaby w stanie wynieść takiego kolosa na orbitę w częściach, wykonując ponad 30 lotów. Maszyny te muszą stać się w pełni autonomiczne, czyli zawierać zaawansowaną robotykę i sztuczną inteligencję. Prawdopodobnie niezbędna będzie też technologia samonaprawy albo replikacji maszyn. Materiały do tego potrzebne, takie jak żelazo, też można pozyskać z planetoid. Przy tym w przypadku planetoid proces ten będzie bardziej przypominał recykling niż żmudne tradycyjne ziemskie wydobycie.
Eksploatacja surowców w kosmosie nie powinna napotkać oporu ekologów, ponieważ prace te nie naruszą żadnych lęgów ptaków ani nie uszkodzą żadnych drzew. Na planetoidach nie ma atmosfery, więc nawet najcięższe prace będą wydawały się ciche. Wydobycie nie będzie uciążliwe dla sąsiadów, bo takowych też brak. Nikt nie będzie przejmował się emisją CO2. Prace nie zostaną wstrzymane ze względu na dokopanie się do znalezisk cennych archeologicznie, miejsc pochówku, śladów kultury. Chociaż z tym ostatnim, to przecież nikt nie da sobie ręki uciąć.
Źródło grafiki: (C) Floyd

























