
Najważniejszy punkt na świecie na mapie komputerowych maniaków, miejsce, gdzie świat analogowy i cyfrowy współegzystują.
Mountain View kojarzone jest jako miasto Google. To tutaj przeglądarkowy gigant ma swoją centralę oraz sieć pomniejszych biur. Stołówki, kluby, siłownie – wszędzie tam jego pracownicy stanowią większość. Na zielonym terenie stworzono tu też muzeum, gdzie wstęp jest niedrogi, kolejek nie ma, a w gablotach i na podestach przechowywana jest cała historia informatyki.
Computer History Museum sięga swą historią roku 1968, gdy pracownik DEC Gordon Bell doznał ukąszenia kolekcjonerskiego wirusa i zaczął zbierać eksponaty z rodzącej się branży komputerowej. Potem zbiory kilkakrotnie zmieniały lokalizację oraz nazwę, aż wreszcie w 2003 roku wylądowały w dawnym budynku Silicon Graphics w Mountain View. Tym sposobem oczom publiczności ukazało się największe na świecie muzeum komputerów i maszyn liczących.
Prezentacja eksponatów jest wzorowa: punktowe oświetlenie, brak barierek odgradzających, elementy multimedialne, pokazy światło i dźwięk, a pomiędzy salami pokoiki, w których wyświetlane są filmy dokumentalne. Można tu spędzić cały dzień, grzebiąc w bodaj najciekawszym okresie rozwoju komputeryzacji, czyli latach siedemdziesiątych. Dlaczego DEC czy IBM nie zdołały wygrać z Appple i Microsoftem? W którym momencie swą wielką karierę przegrało Commodore? Gdzie zaginął Altair? Wspaniała historia, traktowana z szacunkiem i nabożnością. Gdy ma się szczęście, można wpaść na samego Steve’a Russella czy Petera Sampsona, którzy ponad pół wieku temu napisali pierwszą grę wideo, czyli Spacewar! Obaj panowie wpadają do muzeum na pokazy komputera PDP-1. Niestety, podczas swojego pierwszego pobytu minąłem się ze “Slugiem”, ale później udało mi się spotkać Sampsona (na zdjęciu). Co najważniejsze, pielgrzymka po kilkunastu salach CHM daje wspaniałą perspektywę, czym są gry na tle informatycznego przemysłu i w którym momencie zaczęły być ważne.
Strona Computer History Museum
Źródło grafiki: (C) Piotr Mańkowski


























Niestety, ambitny Russell nie zarobił zbyt wiele na swojej perełce. Powodem był koszmarnie drogi sprzęt, na który gra została stworzona, czyli wspomniany PDP-1. Jeden egzemplarz tego żelastwa kosztował 120 tysięcy dolarów (dzisiaj ponad 900 tysięcy dolarów!). Poza tym, firma wyprodukowała zaledwie kilkadziesiąt egzemplarzy swojego komputera, przez co o jakimkolwiek rozwoju gry nie mogło być mowy.